P  o  t  r  z  e  b  u  j  e  m  y     n  o  w  e  g  o     p  o  r  o  z  u  m  i  e  n  i  a     s  p  o  ł  e  c  z  n  e  g  o     w     s  p  r  a  w  i  e     t  e  a  t  r  ó  w  ,     o  p  e  r     i     f  i  l  h  a  r  m  o  n  i  i

Gdzie jesteś:
Drukuj

Janusz Gniatkowski - człowiek i artysta

      Zobaczyłam go po raz pierwszy na estradzie w  Polanicy,  był to koncert z cyklu „Spotkamy się za rok”. Występ popularnych gwiazd, obok Janusza Gniatkowskiego Natasza Zylska i Jan Danek. Ten ostatni skupiony, nader kameralny w ambitnej piosence francuskiej, Zylska efektowna i pełna wdzięku w przebojach europejskich. Starannie skonstruowany, naprawdę znakomity spektakl wyraźnie zdominował Janusz, który od chwili wejścia na scenę zniewalał publiczność uśmiechem. Nie było to zwyczajne szczerzenie zębów, bo tak należy, to był jego naturalny uśmiech. Od samego początku prawda artysty była u Janusza prawdą człowieka i za to kochała go publiczność. Na scenie najtrudniej być sobą, często artyści udają kogoś, ale widownia bezbłędnie odróżnia prawdę od fałszu.
       Można ryzykować twierdzenie, że Janusz był artystą urodzonym, ale za młodu pomysłów na życie miał sporo. Po przyjeździe z rodzimego Lwowa do Katowic śpiewał w kwartecie II Śląskiej Drużyny Harcerskiej,  grał w siatkówkę i uczęszczał do szkółki bokserskiej. Po maturze w 1948 roku został przyjęty na reżyserię w łódzkiej szkole filmowej, lecz nie było go stać na studia. Rok później ożenił się, przyszło na świat pierwsze dziecko i musiał zarabiać na życie. W przedsiębiorstwie budowlanym został kierownikiem kulturalno-oświatowym, chodził regularnie na koncerty. Ze sportem rozstał się zdecydowanie, gdy zaczął śpiewać w zespołach estradowych, co przynosiło niezłe zarobki. Nie myślał o przyszłości. „Takie życie bardzo mi się podobało, ludzie mnie oklaskiwali, przychodzili po koncertach za kulisy, mówili, że polubili mnie – to było bardzo przyjemne i to mi właściwie wystarczało” – wyznaje po latach.
       Debiutem radiowym stała się liryczna piosenka „Spokojnej nocy” Matwieja Błantera, którą nagrał 31 marca 1954 roku z zespołem Waldemara Kazaneckiego. Pierwszy raz usłyszał swój głos i nie był zachwycony, ale zaproponowano mu dalsze nagrania. Słuchacze, zachwyceni lirycznym barytonem Gniatkowskiego zasypywali katowickie radio listami, prosząc o następne nagrania cudownego piosenkarza. W tamtych latach Katowice nosiły nazwę Stalinogród, ale nie miało to wpływu na życie,  ani na los młodego artysty, skoro nadchodziły takie listy: „Jestem zwykłą kobietą ze wsi, lecz piosenki dla mnie od młodych lat są wielką przyjemnością. Jestem wielce zmartwiona, gdyż obecnie nie słyszę w Radjo (pisownia oryginalna, przyp. JR)  Pana piosenek. (...) Gdyż w Jego śpiewie jest naprawdę coś czarującego”.
       Latem 1955 roku Janusz pojechał na Międzynarodowy Festiwal Młodzieży do Warszawy jako solista orkiestry Waldemara Kazaneckiego. To co zobaczył, a zwłaszcza usłyszał, odmieniło jego życie. Teraz wiedział, co powinien śpiewać. Zachwyciły go piosenki z Kuby oraz Indonezji, Kazanecki pochwalił wybór. Nagrane w Warszawie „Indonezja” i „Piosenka kubańska” zdobyły olbrzymią popularność, niebawem włączył do repertuaru holenderski utwór światowej renomy „Apassionata”. Tymi przebojami przyciągał miliony, zjawisko do tamtej pory niespotykane. Był  gwiazdą najjaśniejszego blasku gdy w roku 1960 stanął przed państwową komisją egzaminacyjną, której zaprezentował te swoje wielkie, mówiąc językiem dzisiejszym – hity. Komisja oburzyła się, że takie łatwizny i zaprosiła na egzamin poprawkowy. Rok później, Gniatkowski, artysta zamożny, wynajął zespól kameralny i stanął przed komisją z całkiem odmiennym repertuarem. Zachwycony profesor Kazimierz Rudzki bił brawo i gratulował, pytając dlaczego nie zrobił tak za pierwszym podejściem. To nie jest repertuar dla szerokiej publiczności, tłumaczył. Janusz miał instynkt, śpiewał to, co rozumiała publiczność, dlatego w Szczecinie słuchało go na Wałach Chrobrego 150 tysięcy, w Bydgoszczy sto tysięcy osób.
        Pod koniec lat 60. estrady polskie opanowała muzyka   młodzieżowa, głośna, z hałaśliwym rytmem. Wierny swojemu stylowi Gniatkowski wolał występować za granicą. Do Związku Radzieckiego  najpierw pojechał wkrótce po festiwalu młodzieży i studentów, z zespołem muzycznym Juliusza Skowrońskiego – była to pierwsza polska grupa. Potem śpiewał w Czechosłowacji, NRD, na Węgrzech, w Jugosławii i Rumunii, później często w USA.
      Krystyna Maciejewska pochodzi z bardzo muzycznej rodziny. Karierę estradową rozpoczynała  od recytacji,  wkrótce zajęła się piosenką. Kontakty z Jerzym Abratowskim, Agnieszką Osiecką i Krzysztofem Komedą sprawiły, że z programem STS znalazła się na pierwszym festiwalu piosenki w Opolu, potem miała dalsze interesujące propozycje artystyczne. W kwietniu 1966 roku odbyła się pierwsza próba grupy estradowej przed trasą koncertową w Związku Radzieckim. Gwiazdą programu był Janusz Gniatkowski. Widziała go wcześniej na koncercie w częstochowskim kinie Wolność. Miała wtedy piętnaście lat, ale nie poszła po autograf. Zapamiętała go dobrze,  w nowej sytuacji nie potraktowała go inaczej jak starszego kolegę. Miał teraz lat 35, wyglądał znacznie poważniej. Urzekł ją swoją delikatnością, czułością, artystycznie imponował. Krystyna Maciejewska wyznaje po latach: „Byłam od początku zafascynowana Januszem: był uroczy i ogromnie błyskotliwy”.  Po miesiącu trasy postanowili być razem.
      Studia polonistyczne Krystyny przydają się, bo wkrótce Janusz namawia, wręcz zmusza ją do pisania tekstów. Jeden z ich pierwszych duetów napisany przez Krystynę brzmi: Powiedz, co się tutaj stało? Nic./ Światła w oknach już pogasił świt,/ Pierwszy śnieg nieśmiało w płatkach drży:/ Z wszystkich ludzi najszczęśliwsi my.
    Ich związek  był nie tylko głęboko uczuciowy, ale prawdziwie partnerski i artystyczny. Przygotowali razem duety budzące entuzjazm publiczności. Z za kulis obserwowała czujnie Janusza, podziwiając jego niezwykłą solidność i uczciwość profesjonalisty, co wymaga ogromnej dyscypliny. Dlaczego w tę wspaniałą harmonię artystyczną i prywatną, los wpisał dramatyczny wypadek, jakiemu uległ 2 lutego 1992 roku? Tego nie wie nikt. W tych trudnych chwilach okazało się, ile siły, uporu i bohaterstwa posiada drobna i krucha Krystyna. „Walczyłam o każdą jego chwilę, o każdy dzień”, powiedziała mi niedawno. Była jego  opoką, jej wiara pomagała mu dokonywać nieprawdopodobnych rzeczy. Od 2007 roku organizowała w Poraju (miejscowość pod Częstochową, gdzie mieszkali latem) Festiwal Piosenek Janusza Gniatkowskiego, w którym występują obok znanych artystów również  uczestnicy konkursu  jego utworów. W czerwcu 2008 roku Krystyna przygotowała w sali częstochowskiej  filharmonii jubileuszowy koncert z okazji 80 urodzin Janusza Gniatkowskiego, podczas którego zaśpiewał kilka swoich piosenek, wystąpili liczni jego przyjaciele. Owacje trwały bardzo długo. 
      Muzyka była istotą życia Janusza. Jego żona Krystyna należy, obok muzyki czy razem z nią, do najlepszego, co  spotkał na swojej drodze. 
       ( większość informacji pochodzi z tomu Dariusza Michalskiego „Piosenka przypomni ci – Historia polskiej muzyki rozrywkowej”)
                                                            Joanna Rawik

28 lipca br. liczni przyjaciele, znajomi i sympatycy oraz Rodzina pożegnali w Częstochowie Janusza Gniatkowskiego, wielką gwiazdę polskiej piosenki. Prezentujemy jego wizerunek.

obrazek    obrazek

obrazek