Pomysł jak zwykle zrodził się podczas jednego z wieczornych spotkań. Siedzieliśmy z Philem przy kolacji, popijaliśmy angielską herbatę i kontemplowaliśmy opłakany stan naszych finansów. W pewnym momencie Phil teoretycznie, niemalże fantazjując, zarzucił pomysł: czy dałoby się przeżyć miesiąc w Londynie bez wydawania ani grosza? Ja w świetle mojej wyżej wspomnianej sytuacji majątkowej podjąłem temat. Pomysł wydawał się dość karkołomny ja jednak byłem już właściwie w połowie drogi do jego zrealizowania. Czemu?
Cóż, cała historia rozpoczęła się z początkiem maja...
Jak zostałem squattersem, czyli krótki poradnik londyńskiego survivalu- kliknij aby przeczytać tekst
Wtorek
Pierwszy dzień na wegańskim squacie po powrocie do Londynu. Przyjeżdżam około drugiej w nocy. Drzwi otwiera mi John, dwudziesto siedmioletnia aktywistka, która, aby zatrzeć społeczne różnice między płciami zdecydowała się zmienić swoje imię na męskie. Zaprasza mnie na górę i proponuje herbatę. Po około pół godzinie pojawia się Krzysztof wraz z kilkorgiem przyjaciół z Massive Squatting Action, nieformalnej organizacji, której głównym celem jest zapewnienie osobom bezdomnym miejsca zamieszkania. Ich pierwszą spektakularną akcją ma być włamanie się do bloku mieszkalnego przeznaczonego do rozbiórki i przekształcenie go w gigantycznego squata. Wkrótce pojawia się reszta lokatorów...
„Zakładamy sadomasochistyczny salon!” – tak brzmiały pierwsze słowa, które usłyszałem po przekroczeniu progu squata przy Dove Row na początku 2010 roku.
Był piękny styczniowy dzień. Świeciło słońce, gdzieniegdzie pogwizdywały nawet ptaki, nic w Londynie nie przypominało mroźnej aury, którą zostawiłem dzisiejszego poranka w Polsce. Na ulicach leżało co prawda trochę śniegu, pozostałości po intensywnych opadach, które tydzień wcześniej sparaliżowały całą komunikację miejską, ale wyglądało na to, że to już ostatnie podrygi zimy na Wyspach. Dziś o szóstej rano wsiadłem w samolot tanich linii lotniczych Wizzair i przyleciałem ponownie do Londynu.
Teraz stałem przed czerwonymi drzwiami squata i próbowałem swoim pukaniem zbudzić śpiących jeszcze zapewnie domowników. Ponieważ klucze do domu zostawiłem przez nieopatrzność w Polsce (strasznie byłem przed swoim odlotem rozkojarzony) musiałem czekać aż któryś z moich współlokatorów usłyszy moje dobijanie się do drzwi. W środku, niestety, panowała grobowa cisza. Żadnego śladu ludzkiej aktywności. Oparłem się o murek i zapaliłem papierosa. Postanowiłem dać im jeszcze chwilę na wstanie z łóżek.
Przypomniało mi się, kiedy odwiedziłem to miejsce po raz pierwszy.
Pamietnik Squattersa 3 - kliknij aby przeczytać tekst

Tomasz Marciniak, nieustraszony, londyński korespondent w naturalnym środowisku squattersa.
> CZYTAJ CAŁOŚĆ