Gdzie jesteś:
Drukuj

Rozmowa z Gustawem Holoubkiem

Goniec teatralny 1991, nr 20

Był sobie raz… „Goniec teatralny”. Redakcja mieszcząca się w maleńkim zagraconym pokoju na zapleczu ówczesnego ZASP-u, z wejściem od Mokotowskiej, miała w sobie coś z klimatu międzywojnia. Na jej łamach drukowali swoje miniaturki m.in.: Joanna Szczepkowska , Krzysztof Zaleski, którego niedawno pożegnaliśmy, i wielu innych. Były to perełki intelektu i formy... Po stromych schodach wspinali się najwięksi. Genius loci? Chyba tak, bo to pewnie za jego sprawą udało mi się zaaranżować spotkanie dwóch mistrzów, których dialog śledziłam z zapartym tchem na tyle, że wycięłam wszystkie swoje pytania. Były zbędne. Dwaj przyjaciele odbijali piłeczkę perfekcyjnie, dopełniając się niepowtarzalnymi, pełnymi humoru anegdotami. Dzięki zachowanym w Instytucie Teatralnym archiwaliom możemy podzielić się z Państwem tym bezcennym materiałem:

Tadeusz Konwicki: Właśnie dzisiaj się dowiedziałem, że otwierają koło mego domu warsztat szewski. Zastanawiam się czy w Radzie Nadzorczej znajdę Gucia nazwisko. Poobsadzałeś chyba Guciu wszystkie stanowiska, we wszystkich możliwych ciałach kolegialnych. Ale mam na to swoje własne wytłumaczenie, na tę twoją abnegację w podejściu do tego, czego życzy sobie otoczenie, na to poddawanie się naciskom. Ono wynika z twojego sposobu na życie. Po wszystkich chorobach, które przeszedłeś w młodości, wyrobiłeś sobie taką potulność wobec żądań otoczenia. Co ty na to Guciu?

 

Gustaw Holoubek: Mam nadzieję, że ponieważ jest to sfera mojej słabości, mimo przekleństw jakie na mnie rzucasz, myślisz o mnie czule, ponieważ lubisz słabość u innych.

 

T.K. To racja, kiedyś nawet w jednej ze swoich książek, wygłosiłem orędzie, że nie lubię tak zwanych ludzi z charakterem. Zwykle te twarde charaktery obracają się przeciwko nam. Jak się tak patrzy z pewnej perspektywy, to można dostrzec, że nie tyle groźne są ideologie, ile pewne typy charakterów ludzkich. Wiecznie jesteśmy otoczeni przez ludzi agresywnych, którzy od nas czegoś żądają, szantażują nas, terroryzują i zmuszają byśmy żyli i myśleli tak jak oni chcą.(…). Cały czas jesteśmy pod osądem - wobec wszystkiego, co robię są wyciągane najdalej idące konsekwencje moralne. To jest charakterystyczne dla społeczeństw, które nie wyrobiły w sobie mechanizmów demokratycznych, lub są w stanie jakiejś niewidzialnej wojny.

 

G.H. Niewątpliwie tak jest. A wracając do mojej słabości, która mnie przecież uwiera, zdaję sobie sprawę, że poddaję się namowom, które mnie zmuszają do przyjmowania rozmaitych funkcji, ale mam nadzieję, do pewnej granicy. Tą granicą jest groźba utraty poczucia wolności. Ona objawia się wtedy, gdy obce mi idee albo ludzie zaczynają się domagać ode mnie poddaństwa. Najjaśniej doświadczam tego w życiu zawodowym. Wobec wszystkich okoliczności czy osób, których wpływ uważam za wrogi podstawom mego myślenia, przeciwstawiam się kategorycznie i nic nie zdoła mnie skłonić do zmiany moich gustów, wiary w pewne wartości, w słuszność własnej filozofii.

 

T.K. Tu przyznałbym Gustawowi rację, ponieważ nieraz byłem zaskoczony Gucia energiczną odmową w sytuacjach towarzyskich, społecznych , „przyjaźnianych”, kiedy wydawałoby się, że nie sposób odmówić. Gucio jakiś czas się borykał, coś dawał sobie wmawiać, ale w którymś momencie jego organizm sprzeciwiał się. Tak jak zwierzę nie zje trawy, która mu szkodzi ( ...). A przy okazji sytuacji towarzyskich zauważyłem, że te wszystkie mafijne produkcje „słowa własne, muzyka szwagra” to wciąganie w orbitę swoich produkcji artystycznych zaprzyjaźnionych osłów w przeświadczeniu, że jak się robi na swoim, to jest większa szansa na wygraną, ten proceder uważam za największe niebezpieczeństwo. To też kiedy zaproponowałem Guciowi role w „Salcie”, a znałem go tylko ze sceny i ekranu, bardzo się bałem, że odmówi. I byłem zaskoczony, kiedy on dość niedbale powiedział: bardzo proszę, mogę zagrać - nawet nie przeczytawszy do końca scenariusza. Uważam ten zbieg okoliczności za niezwykle szczęśliwy, myśmy się rzeczywiście bardzo zaprzyjaźnili i ciężko nam jest nawet na pokaz się kłócić, bo się w najistotniejszych sprawach bardzo zgadzamy. Nasza współpraca polega na pewnej wspólnocie wewnętrznej, tak samo patrzymy na teatr, na aktora. Uważam, że aktor jest podstawą wszelkich kreacji.

 

G.H. Często powtarzasz, że aktorzy to ludzie, którzy nie tylko nie zagrażają ci, ale są twoimi sojusznikami, jedynymi którzy cię nie zdradzą.

 

T.K. Zawsze mogę się spodziewać, że przeciwko mnie będzie operator, który ma swoje interesy, scenograf, czy dźwiękowiec. Jedyny człowiek, którego toleruję za plecami to aktor, tylko od niego nie boję się sztyletu w plecy, ponieważ jest to najczulszy współpracownik, towarzysz niedoli reżysera Bo aktor ma zakodowany w sobie instynkt samoobrony, tak jak delfiny, które wynoszą na powierzchnię tonących. Aktor nigdy nie zagra fałszywie, a jego powołaniem jest uprawdopodobnianie. Gucio na przykład zignorował w „Lawie”, wśród miłych koleżeńskich uśmieszków, mój wybór Wielkiej Improwizacji, a dokonałem tego wyboru najczulej jak tylko Wilnianin może Wilnianinowi tekst obrobić. Gucio oczywiście całą Wielką Improwizację zagrał w jednym dublu. Nagle w czasie tego dubla zobaczyłem, że daje mi znaki asystentka. Okazało się, ze Gucio pojechał własnym wyborem tekstu. Ale ja nie miałem nawet cienia żalu, bo kto może czuć lepiej tekst, do każdego ścięgna, każdego nerwu jak nie ten, który musi z jego pomocą wstrząsnąć widzem . I miałem tę satysfakcję, że kiedy montowałem film właśnie przy Wielkiej Improwizacji usłyszałem szmerek podniecenia. To była reakcja mojej pierwszej przypadkowej widowni. Nie będę analizował na czym polega ta magia, która tworzy się między żywym aktorem a tekstem, z czego się to bierze, jak to funkcjonuje, bo to są właśnie te tajemnice osobowości.

 

G.H. Mówiłeś o prawdopodobieństwie, o tym, że aktor nie ma nic lepszego do roboty jak tylko uprawdopodobnić sytuacje, tekst. Istotnie w tym miejscu zaczyna się największy trud aktora Podstawowy kłopot z literaturą polega na tym, że jest ona nieprawdopodobna. Nie można jej przymierzyć do życia, nie można tym językiem rozmawiać ani w tramwaju, ani we własnym domu, ani u znajomych. I otóż co zrobić, żeby ten nieprawdopodobny opis rzeczywistości uczynić „życiowo” przydatnym, żeby udowodnić, że jedynie on może powiedzieć o życiu znacznie prawdziwiej, głębiej niż samo życie. Są na to sposoby,

daję słowo honoru. A wracając do tej mafijności, o której mówił Tadeusz, do której ma taką idiosynkrazję, będąc postacią poza wszelką mafią, będąc w swojej sztuce samotny - myślę, że najbardziej przerażającą cechą naszej pożal się Boże mafii jest to, że jest prowincjonalna. Nie profesjonalna, a więc zarobkowa, a właśnie prowincjonalna, platoniczna i w związku z tym czyni szkody znacznie większe, niż można by przypuszczać. Są zjawiska, są ludzie wyniesieni przez mafię, którzy nie zasługują ani na to wyniesienie, ani na to miejsce. I tkwią na piedestale, często latami, nietykalni, rozpanoszeni, ciągnąc za sobą orszak cmokierów. Trwałość tej pomyłki jest możliwa przez brak krytyki artystycznej. Główną ich cnotą jest naśladownictwo, a wiec swoisty koniunkturalizm, najwyższy wykwit mody, dorównanie, a najlepiej prześcignięcie tego, co dzieje się na Zachodzie. Żałosne i najfałszywsze pod słońcem. O nas będą mówić tylko wtedy, gdy my będziemy mówić o sobie, za pomocą chwytów nam przyrodzonych, za pomocą form nam dostępnych, o rzeczach, które dotyczą, nas tu i teraz - w tym kraju i nigdzie indziej.

 

T.K. To wszystko wynika z kompleksu prowincji. Otwieram telewizor i widzę sztukę mego kochanego klasyka Gombrowicza „Transatlantyk” i widzę jakąś natrętną samocelebrację autora, bieganinę koło swoich interesików. Nieustanna wzmożona reakcja na to, że „Krupczałowski” nie docenił albo, że „Kęguś” za dużo wymaga. Wszystko w odniesieniu do jakiejś umysłowej prowincji. Ten kompleks, z którym się tyle wieków borykamy, jest nierozwiązalny. Gucio kiedyś powiedział, co potem przyświecało mi przy „Lawie”: a może by się tak nie przymilać, nie tłumaczyć, nie upodabniać tylko iść w głąb swoich spraw, może tędy przez ten gąszcz łatwiej dojdziemy do uniwersalności? Jest jakieś niebezpieczeństwo w tym ułatwianiu rozumienia nas w świecie. Co jest najbardziej uniwersalną rzeczą zrozumiałą wszędzie? Banał. Ale to nie jest opłacalna droga dla takich społeczności artystycznych, jak my. Stereotypów jest pod dostatkiem. Tego nie trzeba importować. Dowodem na to są wszystkie seriale pokazywane w naszej telewizji, w których ograne syndromy psychologiczne są bezwstydnie eksploatowane ze spokojem wyrobnika. Oni to robią jak kiełbasę. Mówi się tyle o kryzysie w kulturze, ale to właśnie dziś produkcja artystyczna stała się gigantycznym businessem. Przemysł artystyczny jest na trzecim miejscu po naftowym i samochodowym. Podaż jest wielokrotnie wyższa od popytu Jest za dużo teatru, za dużo powieści, za dużo muzyki. Jesteśmy skazani na kryzys do ostatnich dni naszego życia.

 

G.H. Ludzie chcą się porozumiewać poprzez sztukę, ale mimo tej nadprodukcji nie mogą, bo są im podawane gotowe formuły na porozumienie. Obserwuję, że wśród młodzieży, mimo że ktoś ma inny rodzaj wrażliwości, inne aspiracje musi się okazać au courant muzyki młodzieżowej, nawet jeśli ma do niej awersję. Jest przymus porozumiewania się ustalonymi kodami. Zaraz tu powiem bluźnierstwo: Witkacym jest zalany cały teatr polski, nawet gdy gra się Szekspira wszystko jest doprowadzone do witkacowskiego absurdu. No dobrze, a sam Witkacy? Co ma Witkacy do powiedzenia w literaturze, w dramacie? Absolutnie nic. Prawdopodobnie cała pomyłka polega na tym, ze pomylono artystę z projektodawcą, z odkrywcą absurdu jako immanentnie związanej z człowiekiem śmieszności. Witkacy był myślicielem, filozofem nawet prorokiem. Burzył ustalone obyczaje, wkroczył brutalnie w zakłamany styl pseudo romantyczno-młodopolski, zbuntował się przeciw temu dziedzictwu i wskazał na nonsens jako sposób zdemaskowania całej tej pseudo moralności, natomiast jako twórca dramatu nie miał nic do powiedzenia, prócz spisu osób, który rzeczywiście jest bardzo zabawny. A tymczasem przez czterdzieści parę lat leży odłogiem cały Perzyński, Kisielewski, Bliziński, Rittner. Przestaliśmy się porozumiewać za pomocą tych tekstów. Dlaczego?

Dlatego, że to byłoby poniżej godności nowoczesnego artysty. Jeśli lekceważenie własnego dorobku, zaprzepaszczenie raz zdobytej wiedzy ma świadczyć o postępie, to niech się nikt nie dziwi, że mamy takie obyczaje, takie stosunki międzyludzkie, takich polityków, takich mężów stanu, że inni przestają nas szanować.

 

T.K. Muszę osłabić trochę atak Gucia na Witkacego, ponieważ obawiam się, że Gucio zostanie usunięty z ZASP-u. Gucio ma taką teorię, że Witkacy był owocem geniuszu wymuszonego przez ojca. Ojciec włożył w niego tyle swoich ambicji, narzucił takie brzemię na Witkacego, że musiał on przyjąć ów grymas, ową maskę, którą przybrał. Pozwolę sobie zauważyć, że pod koniec minionego wieku zaczął się rodzić kult inscenizatora. Już Słonimski zżymał się na mechaniczność teatru inscenizatorskiego, a to przecież kaszka manna w porównaniu z tym, co się teraz dzieje. Rywalizacja inscenizatorów między sobą dała taki skutek, że aktorzy zostali sprowadzeni do rangi rekwizytu. Widziałem takiego aktora, który przez całe przedstawienie wisiał na krzyżu, to była cała jego rola. Ci inscenizatorzy zagłuszają nie tylko teatr, ale i całą ideę teatru. Oglądałem afisze, gdzie autor, jakiś Słowacki czy Mickiewicz, wydrukowany był maleńkim drukiem, a ten, który tekst przysposobił, nagiął do swoich ambicji, był wydrukowany wołowymi literami. To by nie było groźne, gdyby dotyczyło ludzi genialnych, ale w naszym niesprawdzalnym i chaotycznym świecie jest to pole do popisu grafomanii artystycznej. Hochsztaplerka, dowolność, grafomania zapanowały szczególnie w teatrze. Teatr ma wielki kredyt zaufania. Ludzie przychodzą na aktora, bo mit aktora sięga czasów greckich. I wspaniałą pożywką dla tych machinacji stał się właśnie Witkacy. Stąd zjawisko podnoszenia Witkacego do kwadratu. Gucio bluzgał trochę na zapas i prowokacyjnie. Ten Witkacy, gdyby mu odjąć wszystkie dodatki, wszystkie te maszynerie, którzy mu niezdolni inscenizatorzy budują, gdyby go spróbować zagrać racjonalnie byłby do oglądania. Gucio ma słuszność, to była wielka osobowość. Kiedy czytam jego poważne książki o narkotykach wiję się ze śmiechu. Tak jak przy jego prywatnych listach, ale ze śmiechu, który jest rozumny. Jego osobowość była fenomenalna. Ja się nawet obawiam, choć pewnie będę skarcony przez gombrowiczologów, że Gombrowicz wyszedł z Witkacego. Z wielką rozkoszą przeczytałem kiedyś recenzję, która ukazała się we Francji, gdzie jakiś profesor z wielką życzliwością potraktował Witkacego jako zdolnego ucznia Sławomira Mrożka.

 

G.H. Miedzy twórczością, a listami jest taka różnica jak między anegdotą opowiedzianą, a zapisaną. Mój przyjaciel aktor wspaniale opowiada anegdoty, ale miał to nieszczęście, że napisał książkę i już nie można się z tego śmiać

 

T.K. Pochylmy czoło też nad zjawiskiem jakim był Zdzisio Maklakiewicz. Robiłem z nim parę filmów. Zdzisio mówił: pozwól, ja ci pokażę jak to zagram. Odprowadzał mnie na bok i pokazywał coś tak genialnego, co było tworem jakiejś wspaniałej intuicji aktorskiej. Mówiłem: cudownie. Ale kiedy kamera poszła to już nie było to. Mamy wiec tu do czynienia z jakimś skomplikowanym procesem psychologicznym. Coś przecież było między tą improwizacją, tym natchnieniem, a potem mechanicznym powtórzeniem. Może brak warsztatu, a może warsztat przeszkadzał tej demonstracji? Może coś podobnego działo się z Witkacym. Ta gigantyczna maszyneria życiowa, którą zbudował, którą terroryzował całe Zakopane, ta legenda którą stworzył wokół siebie, te portrety fotograficzne, te anegdoty, ta machina rodziła nieduże jajeczka. Ale w nich część jego geniuszu została i to wciąż nas niepokoi.

 

G.H. Wyniki tej presji wydziwiania docierają także do szkół teatralnych. Uchodzę tam delikatnie mówiąc za maniaka, bo tym wszystkim zafascynowanym nowoczesnością studentom powiadam niezmiennie, że szkoła teatralna nie jest do tego, żeby nauczyć grania, tylko od tego, żeby nauczyć mówić w miarę możliwości po polsku.

T.K. Ale to, co dzieje się w szkołach teatralnych, jest wynikiem kultu amatorszczyzny. My sobie lubimy z Gustawem popatrzeć na przedstawienia angielskie telewizyjnego Teatru Na Świecie. Zaraz po pojawieniu się aktorów jestem głęboko rozczarowany. Nie mogę zrozumieć dlaczego takie nieciekawe osoby wychodzę na scenę. Po trzech minutach zaczynam ich słuchać, po piętnastu jęczę z rozkoszy, oni stają się piękni, niepospolici, chciałbym z nimi być do końca życia. To się bierze z czegoś trudnego do określenia, z jakiegoś poczucia zawodowej rzetelności, z poczucia służebności wobec widza, ze zrozumienia powagi swego zawodu, ze świadomości, że ten teatr jest strasznie ważny. Patrząc na tych aktorów nie mogę się oprzeć myśli, ze oni nie szpanują, że to są ludzie, którzy przez ogień i wodę doszli do tego zawodu. Dlatego taki teatr budzi po prostu szacunek.

 

G.H. To nie tylko szkoła teatru, ale i szkoła uczuć. Przecież ci aktorzy nie wzięli się na scenie z powietrza, ale znaleźli się tam już wychowani w domu, w tradycji obowiązujących tam obyczajów. A te, za podstawę wiedzy o życiu, biorą możliwie dogłębną znajomość człowieka. Począwszy od kodeksu stosunków społecznych, międzyludzkich, skończywszy na literaturze, wszystko opiera się na wiedzy o człowieku, o mechanizmach nim rządzących, na precyzyjnym postrzeganiu w nim symptomów zła i dobra. Tylko tym różnią się od nas. Od nas, którym z przyczyn historycznych nie starczyło czasu, żeby zająć się penetracją człowieka. Człowieka wolnego, niczym nie ograniczonego. Nie mogliśmy zająć się badaniem tajemnicy ludzkiego indywiduum, bo trzeba było w obliczu nieustannych zagrożeń dbać o ogół o społeczeństwo. Owoce tego zbieramy po dziś dzień. Proszę spojrzeć choćby na nasz film. Przecież nie gramy gorzej od nich. Ale co gramy? Jakie to problemy przychodzi nam rozstrzygać? Na ogół nie dotyczą one niczego ani nikogo. Jeżeli rzecz dzieje się w Polsce, to niech nam Bóg wybaczy taką ojczyznę, gdzie prawie wszystko nurza się w trywialności, w bezgranicznej głupocie. A propos - Tadeusz zrobił szalone postępy. Dawniej Tadziowi podobało się tylko to, co ładne - ładne dziewczyny, ładni mężczyźni, ładne pejzaże. Kiedy go próbowałem przekonać, że w brzydocie może być coś głębokiego mówił: nic podobnego, nie patrzę, zamykam, to paskudne, okropne - i tak dalej. W tej chwili Tadeusz daje sobie te piętnaście minut, nie zamyka telewizora, nie ucieka z sali teatralnej, przetrzymuje ten moment paskudztwa i, jak mi się zdaje, nie żałuje.

 

T.K. Tak, bo my Wilnianie, Guciu, jesteśmy ludźmi wykwintnymi, lubimy urodę, lubimy piękno. O tym się nie mówi w czasach rewolucji kulturalnych, bo to jest strasznie staroświeckie. Będę się jednak upierał, żeby dawać widzowi satysfakcję artystyczną, pokazując coś ładnego - jeśli nie można pokazać czegoś głębokiego. Ja Guciowi ułatwiłem ten atak na siebie, bo kiedyś opowiadałem mu jak byłem w MCHACIE i zaczęły się „Trzy siostry”. Zobaczyłem trzy stare babuszki ruskie na scenie i chciałem już iść na kolację, ale z ciekawości chwilę zaczekałem. Otóż one po paru minutach stały się pięknościami. Smukłymi, wysokimi, tajemniczymi kobietami. Ja się zgadzam, że piękno jest kategorią nieuchwytną, ono się bierze z emanacji czegoś wewnętrznego. Na pewno pięknem jest inteligencja, bardzo wyrafinowanym pięknem. Nie intelektualizm, bo ja intelektualizm chromolę, ale żywość umysłu, elastyczność i wszystkie wdzięki, które z tego ruchu myśli wynikają. Wtedy rzeczywiście taka potoczna uroda nie jest potrzebna. Ale jeśli tak jak Gustaw mówi, mamy patrzeć na wulgarne życie, na paskudne sytuacje, na wątpliwe moralnie incydenty, to bardzo pomaga fakt, że przynajmniej przyjemni z wyglądu ludzie odbywają ten seans, który musimy koniecznie odwalić. Potrzeba piękna jest bardziej wysublimowana i bardziej skomplikowana , nie ogranicza się tylko do rysów twarzy. Najpiękniejsze jest może to, że aktor przełamuje swoje zewnętrzne warunki, by zniwelować pewne niesprawiedliwości natury.

Chcę tu sobie jeszcze pozwolić na jedną dygresję: podstawowym dylematem naszej egzystencji jest niemożliwość porozumienia się. I ludzie mądrzy powinni się z tym pogodzić, że nie da rady się porozumieć. Geny robią szalone niespodzianki. Żyjemy w społeczności, w której jedni ludzie są umysłowo i emocjonalnie na poziomie epoki neandertalskiej, inni są jaskiniowcami, jeszcze inni wyrafinowanymi intelektualistami z dwudziestego drugiego wieku. Różne poziomy naszej ewolucji biologicznej i duchowej uniemożliwiają nam wzajemne porozumienie się. Mówi się często: ja czegoś nie rozumiem To wynika z różnych poziomów naszego rozwoju właśnie. Wyższa matematyka dla wielu ludzi jest odrzucająca, nie chcą się nawet na moment nad tym skupić, a dla innych jest dziedziną pasjonującą, która oznajmia im świat

 

G.H. Ale wracając do tej estetyki: jeżeli już musimy patrzeć na Zachód jako na ten wzorzec, do którego zmierzamy, to właśnie niczym innym jak modą na inteligencję jest współczesny świat zachodni. To widać na przykładzie filmów. Przecież zniknęły te herosy piękna, Gary Coopery zamieniły się na Dustiny Hoffmany. Al Pacino ma metr czterdzieści wzrostu. Skąd się to bierze? Ze zwrócenia uwagi na zasób człowieka, a nie na to, jak wygląda.

 

T.K. Ja tu z lubością słucham Gucia rozważań o wyższości inteligencji nad urodą, ponieważ ja sam, nie odznaczając się urodą, żeby wyrobić się erotycznie i towarzysko musiałem strasznie się napiąć wewnętrznie i przyłożyć ogromne ilości różnych sił. Podejrzewam, że teraz na starość troszkę się zrobiłem estetyczniejszy. Zauważyłem, że zamieszczają moje zdjęcia na okładkach tygodników, słyszałem nawet takie uwagi, ze to bardzo przyjemny staruszek. Chciałbym poruszyć jeszcze jeden temat. Ciągle trwa dyskusja czy okrucieństwo jest zaraźliwe. Kiedyś patrzyłem na kreskówki w towarzystwie tak zwanego prostego człowieka, nieobytego z mediami. Oglądał to, oglądał, aż wreszcie powiedział: tu cały czas jest ktoś niszczony, ktoś spada z wysokiego drzewa, ktoś się wali w łeb, na kogoś spada balkon. Jest to cały arsenał okrucieństwa. To okrucieństwo przez dzieci bywa odbierane bardzo dotkliwie. Chcąc dogodzić naszej wnuczce kupiłem jej kilka kaset. Wciąż prosiła żebym jej coś puścił. Otóż zauważyłem, ze na pewne scenki wybiega do korytarza, a po ich zakończeniu wraca. Czy to wszystko rozładowuje złe instynkty drzemiące w nas, czy to raczej nas ośmiela? Psychologowie utrzymują, że to obniża agresję społeczną. Nie byłbym tego pewien.

 

G.H. Jestem przestraszony moim Jasiem, który wybiega z pokoju ilekroć na ekranie się całują.

 

T.K. Ja mam sześćdziesiąt pięć lat i też bym wybiegał, tylko nie mam siły. Wiem, że cała ta scena była bardzo celebrowana na planie filmowym, znam mechanizmy tego procederu, a mimo to naruszenie owej sfery intymności, której zachowanie jest konieczne, może spowodować, tak jak przy AIDS, osłabienie bariery immunologicznej. Mówi się o jakiejś cenzurze wewnętrznej, którą można by nazwać poczuciem przyzwoitości. Wszystko jest do sprzedania, wszyscy dziś usiłują za wszelką cenę zdobyć czytelnika czy widza. Kiedyś czytałem, że w czasie kręcenia ostatniej sceny filmu realizatorzy zastrzelili amatorkę grającą główną rolę dla spowodowania szoku komercyjnego. Ta chciwość na zysk i na sukces jest na ogół regulowana tym właśnie poczuciem przyzwoitości. O pewnych rzeczach się jednak nie pisze ani się ich nie pokazuje. I to nie jest lęk przed ostateczna prawdą. To sprawa zachowania poczucia godności gatunku. Sztuka to jest zapis naszego życia, naszego pobytu na tej dziwnej planetce, ale każdy prawdziwy artysta zawaha się jednak przed ostatecznym bezwstydem.

 

G.H. Ktoś powiedział, ze jeśli akt miłosny byłby do ujawnienia, to już Ajschylos by to pokazał. Albo na przykład, czy komuś przychodzi do głowy, patrząc na Hamleta, że powinien iść do toalety?

 

T.K. Tym bardziej, że tu niewiele można odkryć i niewiele można zwojować. Fizjologia, jako tworzywo dla sztuki, nie daje wielu możliwości. Natomiast to, co dzieje się w sferze psychologicznej, to co zbudowaliśmy z naszych sił duchowych w wyobraźni, ta cała walka człowieka z sobą samym, zawiera niewyczerpane możliwości.

 

G.H. Poza tym, dlaczego odbierać widzowi tę ogromną przyjemność polegającą na wyobrażaniu sobie miłości? Dlaczego rozbierać szekspirowską Julię do naga, skoro można to sobie wyobrazić - z lepszym skutkiem.

 

T.K. Zaczynamy narzekać jak starsi panowie o niezdrowych na dodatek skłonnościach. Stwierdziliśmy już, że sztuka stała się wielkim businessem, a dla miłego grosza wielu jest zdolnych zrobić wszystko. My, przynależni do artystycznego fachu, przypominamy stadko kur grzebiących w śmietniku: jeśli jedna kura znajdzie jakieś pożywne ziarenko, natychmiast wszystkie zbiegają się, by też coś złapać.

 

G.H. Ale w tak skomercjalizowanym świecie, my z Tadeuszem stanowimy przykład wprost przeciwny. Najlepszy dowód, że jesteśmy tutaj, w redakcji Gońca Teatralnego, nie patrząc na żadne honoraria!

Opracowała Hanna Karolak.

Goniec teatralny 1991 nr 20