Licznik odwiedzin : 1328538
Logo
10-10-2017

Zwyczajny Walny Zjazd

LVIII Zwyczajny Walny Zjazd Delegatów ZASP odbędzie się
w dniach 16-17 kwietnia 2018 roku

"Sól ziemi czarnej" to nasz "Pan Tadeusz". Wywiad z Olgierdem Łukaszewiczem w Gazecie Wyborczej


Z Olgierdem Łukaszewiczem rozmawia Józef Krzyk

Edward Gierek, od którego wszystko zależało, się zaperzył. Sytuację uratował Jerzy Ziętek. I nie obyło się bez wódki. Olgierd Łukaszewicz, czyli filmowy Gabriel Basista, opowiada, jak niewiele brakowało, żeby "Sól ziemi czarnej" trafiła na półki.

Józef Krzyk: O czym opowiada „Sól ziemi czarnej”?
Olgierd Łukaszewicz: Za każdym razem, kiedy się ogląda ten film Kazimierza Kutza, coś innego z niego emanuje. Dla mnie, chłopaka z katowickiej Ligoty, to była emanacja tej historii, którą znałem z dzieciństwa. Moja rodzina nie pochodziła ze Śląska, do Ligoty sprowadziła się po upadku powstania warszawskiego, ale od najwcześniejszych lat osłuchałem się w historiach o powstaniach śląskich. Kutz wziął mnie do filmu jako w pełni ukształtowanego, ja nie znałem żadnej innej legendy poza tą śląską. W tym filmie wróciłem do siebie, na swoje podwórko, po pięknych ćwiczeniach w krakowskiej szkole teatralnej.W gruncie rzeczy wiedziałem na ten temat więcej niż o powstaniu warszawskim. I byłem święcie przekonany, że reszta Polski na ten temat też wie sporo i żyje sprawami śląskimi.


A tak nie było?
– Śląsk był i jest w Polsce mało znany. Właściwie nikogo nie obchodził, choć głośno o tym nie wypadało mówić. Kutz przemycił jednak tę myśl w jednej z ostatnich scen „Soli”, gdy mowa jest o tym, że Polska nie zaangażowała się w większym stopniu w pomaganie powstańcom śląskim, bo zajęta była czymś innym.


Toczyła walkę o Kresy Wschodnie i nie mogła ryzykować otwartego konfliktu z Niemcami.
– No tak, ale dla mnie to było wielkie zdziwienie, kiedy okazało się, że Śląsk wciąż musi upominać się o uwagę. Kutz ze swoim filmem ma olbrzymie zasługi w tym upominaniu się. Edukował resztę Polski. A przy tym „Sól ziemi czarnej” to nie banalna opowiastka, ale „Pan Tadeusz” Górnego Śląska, wspaniała epicka historia. Kutz wrócił w swoje strony rodzinne niczym Gabriel Garcia Márquez w „Stu latach samotności”. Obydwa te dzieła powstały zresztą prawie w tym samym czasie. A wątek siedmiu braci Basistów i ich ojca, którzy poszli walczyć do powstania, przywodzić musi na myśl Biblię. Mimo to dziś, prawie pół wieku po premierze „Soli”, widać, że niewiele się zmieniło, Śląsk wciąż jest na marginesie polskich zainteresowań.


„Solą ziemi czarnej” też się nie interesowano. Bez pana zaangażowania nie udałoby się zdobyć pieniędzy na cyfrową rekonstrukcję kopii filmu. Jak z tym było?
– Na 90. urodzinach Andrzeja Wajdy podszedł do mnie Wiesław Zdort, który był autorem zdjęć do „Soli”, i poprosił: „Olo, zrób coś z tym, bo mnie nikt nie chce słuchać”. Okazało się – co potwierdziły fachowe ekspertyzy – że kopia filmu jest w fatalnym stanie. Jeszcze trochę i byśmy go stracili. Dopiero gdy nagłośniliśmy sprawę, 500 tys. zł przekazali m.in. marszałek województwa śląskiego i Polski Instytut Filmowy.
A przecież ten film jest ważny nie tylko dla Śląska, ale dla całej Polski, i powinien być częścią ogólnonarodowego kanonu. Nigdy się nie zestarzeje, a ze względu na formę jest prawdziwym arcydziełem.


Podobno niewiele brakowało, żeby trafił na półki?
– Były różne polityczne naciski. Dowiedziałem się o nich już po czasie, bo Kutz nas chronił. A on sam z kolei był pod opieką Jerzego Ziętka. Byłem jednak świadkiem tego, jak to wszystko było kruche. Z perspektywy młodego aktora odkrywałem kulisy polityki.
Razem z kilkoma innymi osobami byłem na naradzie, podczas której Edward Gierek [wtedy pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, czyli najważniejsza osoba w województwie – przyp. jk] domagał się, by w film wkleić mapę z płonącym Śląskiem. Chodziło o to, żeby pokazać, gdzie toczy się akcja. Kutz mu na to odpowiadał, że mapa nie jest potrzebna, bo akcja nie jest osadzona w żadnym konkretnym miejscu, że to rodzaj poetyckiej ballady, ale Gierek nie ustępował.„Towarzyszu Kutz!” – tak się do niego zwracał, choć Kutz był bezpartyjny. „Mapa musi być, żeby ludzie wiedzieli, gdzie były demonstracje!”
Nie wiadomo, jak by to się dalej potoczyło, ale odezwał się Antoni Zwyrtek, czyli ojciec Basistów: „Jak jo dobrze wspomna, to wtynczas żodnych dymonstracyi niy boło”.
Gierek wtedy się zaperzył i mówi: „Ale panie Zwyrtek, przecież było gorąco!”.
W tym właśnie momencie Ziętek pochylił się nad stołem i burknął: „To niech będzie coś na gorąco”. Patrzymy po sobie, a po chwili do sali wjeżdżają kelnerzy z obiadem.
Stanisław Kiermaszek [nominalnie zwierzchnik Ziętka jako przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej – przyp. jk] nie wytrzymał. Wyciągnął Kutza do pokoju obok i się schlali. Premiera już była zapowiedziana, ale do końca nie byliśmy pewni, czy Gierek film dopuści, czy go zatrzyma.


Jednak dopuścił, a panu ten film przyniósł wielką popularność.
– Wszystkim nam obiecali za ten film odznakę „Zasłużony dla Województwa Katowickiego”, ale nigdy jej nie dostaliśmy.


Kazimierz Kutz o naradzie u Gierka
Olgierd Łukaszewicz nie wie na ten temat wszystkiego. Gierek rzeczywiście naciskał: „A czy by tak nie można pokazać pomocy Zagłębia dla powstania śląskiego?” – pytał, ale ja miałem wsparcie „Starego” [Jerzego Ziętka – przyp. jk] i nie dałem się w to wpuścić. I wtedy, w trakcie tej narady, to „Stary” wyciągnął mnie i Kiermaszka, i schlaliśmy się w trójkę. Chodziło mu o to, żeby przerwać dyskusję, bo nie było wiadomo, dokąd by to nas zaprowadziło. Gdyby Gierek tego filmu nie dopuścił, nie byłoby już żadnego gadania. Obiad też był, choć prawdę mówiąc, dosyć zdechły.
Zaraz po tej naradzie wszystko sobie przemyślałem. „Jeśli to tak ma wyglądać, to ja to pierdolę, wyjeżdżam z Katowic” – z takim postanowieniem umówiłem się w sekretariacie Gierka, żeby mu to przekazać. Przyjął mnie osobiście dwa dni później. Chyba odniósł jakieś polityczne zwycięstwo w Warszawie, może decydowało się już, że zajmie miejsce po Władysławie Gomułce, więc był w świetnym nastroju. Zupełnie inny człowiek, strasznie miły, już nie mówił do mnie towarzyszu Kutz, tylko panie Kazimierzu, i przeprosił za to, że był za ostry. Ale i tak najważniejszy udział w szczęśliwym finale miał generał Ziętek. Gdyby nie on, wszystko mogło potoczyć się inaczej.