Licznik odwiedzin : 3289596
Logo

info


Informujemy, że Nadzwyczajny LIX Walny Zjazd Delegatów ZASP odbędzie się
w dniu 1 kwietnia 2019 r.

Poeta tańca... Wspomnienie o Witoldzie Grucy

Człowiek był dla Niego ważny!
Wspomnienie o Marii Witoldzie Grucy
(1927-2009)
20 lipca liturgią Mszy pogrzebowej w Domu Artystów Weteranów w Skolimowie i później na cmentarzu w Konstancinie pożegnaliśmy niezwykłego Człowieka i wielkiego Artystę. Poetę Tańca – jak ktoś, jakże celnie, powiedział o Nim. Pożegnaliśmy legendarnego Marię Witolda Grucę, który ostatnie – jakże trudne i naznaczone cierpieniem – lata przeżywał w skolimowskim Domu Aktora.
Maria Witold Gruca odszedł cicho, samotnie, wczesnym rankiem 11 lipca. Od tego ranka na szpitaliku Domu Aktora już nie było wołania: „Siostro, sioostrooo!”. Nie było już telefonu do pracowników kuchni i zaopatrzenia. Telefon Witka zamilkł. Witold Gruca przygotowany na śmierć był gotowy do tej ostatniej swojej drogi.
Gdy przed godziną 8 otrzymałem informację o śmierci, i gdy zszedłem do jego pokoju, Witold – ubrany w czarny garnitur – leżał na swoim łóżku. A obok ciała, tuż przy głowie, z boku, pielęgniarka ułożyła dwa jego pluszowe misie. Niezwykle wzruszający był to obraz... jakby te dwa pluszaki „czuwały” przy zmarłym. Jeden z nich, któremu nadał imię „Irusia”, był podczas liturgii pogrzebowej w dłoniach pani Małgorzaty Potockiej. Towarzyszył Witkowi do końca...

*
Pożegnanie, ostatnie pożegnanie, to szczególna okazja do przypomnienia najważniejszych wydarzeń z życia osoby, którą żegnamy. Podobnie, jak podczas pogrzebu, tak i w tej publikacji na łamach „Biuletynu ZASP-u”, który trafia między innymi do grona osób, które znały Witolda Grucę, które z nim pracowały i tworzyły, które były przyjaciółmi Witka, pozwolę sobie na wydobycie jedynie kilku obrazów z jego życia, zilustrowanych słowami samego Mistrza...
Przyszedł na świat w Krakowie prawie 82 lata temu – 15 sierpnia 1927 roku. O tym swoim początku Mistrz mówił: „Narodziny miałem imponujące. Przyszedłem na świat przy wtórze trąb i śpiewów, ponieważ kalwaryjczycy wracali z Kalwarii Zebrzydowskiej, a każdą kompanię – bo tak się nazywali – przyjmowano muzyką. Być może dlatego przez całe życie lubiłem orkiestry dęte”.
Wspominając swoje dziecięce, krakowskie lata, opowiadał: „Rodzice, zajęci pracą zawodową (ojciec był mechanikiem lotniczym i inżynierem elektrykiem, mama pracowała w fabryce sody „Solvay”), nie mieli zbyt wiele czasu na wychowanie dzieci. Dlatego też wychowywała mnie babcia, która nazywała mnie Maniusiem, czego nienawidziłem. Moim ojcem chrzestnym był wybitny matematyk, profesor Witold Wilkosz, który kiedyś powiedział, że będę miał na imię Witold. Tak długo się sprzeczali, aż ustalili, że będę się nazywał Maria Witold, i tak zawsze się podpisuję”.
Już jako trzylatek trafia do reklamy. Reklamował czekoladę „Optima”. Był to swoisty publiczny debiut. „Byłem bardzo spokojnym dzieckiem, kiedy jednak dostawałem klapsa, to wrzeszczałem na całą kamienicę – wspominał.  Już w najmłodszych latach miałem swój zespół składający się z dzieci bliższych lub dalszych sąsiadów. Graliśmy różne wyimaginowane sztuki. Sąsiadki bardzo często radziły mamie, aby posłała mnie do szkoły baletowej. Bez przerwy w coś się przebierałem, coś tańczyłem i od dziecka taniec tkwił we mnie jako istotny element  życia. Bez tego nie mogłem żyć”.
Nastał czas wojny. Pierwsza praca na Poczcie Głównej w Krakowie oraz nauka m. in. w Studium Tańca Artystycznego Ireny Michalczyk. Po latach będzie wspominał: „Oficjalnych szkół, rzecz jasna nie było. Jeśli uczono, to pokątnie, w konspiracji. Jednak niektóre panie profesorki – jak je nazywaliśmy – miały pozwolenie Niemców na prowadzenie szkoły. Prowadzono przy nich np. tajnie zajęcia teatralne, na które także uczęszczałem wspólnie m. in. z Haliną Mikołajską, Wiktorem Sadeckim i Andrzejem Szczepkowskim. Naszymi nauczycielami byli: wspaniały aktor Władysław Woźnik, teoretyk Wiesław Górecki i przede wszystkim gwiazda nad gwiazdami Zofia Jaroszewska, którą uwielbialiśmy”. Później była m. in. Szkoła Przemysłu Artystycznego.

* *
Po wojnie, w 1946 roku, Witold Gruca zaangażowany zostaje na etat aktora dramatycznego do Teatru Ziemi Opolskiej. W roku następnym powrót do Krakowa i występy w różnych lokalach w programach artystycznych, a w 1948 roku wyjazd do Wrocławia i rozpoczęcie pracy jako tancerz w zespole baletowym Opery Wrocławskiej. W kolejnych latach Gruca tańczy – już jako solista – w Teatrze Wielkim w Poznaniu, a od 1951 roku w Operze Warszawskiej. Tam też spotyka Barbarę Bittnerównę, z którą w latach 1956-1960 stworzy niezapomniany duet. W sezonie 1960/1961 współpracuje jako tancerz i choreograf z Polskim Zespołem Tańca w Warszawie. Od 1962 do 1975 roku jest ponownie solistą i choreografem zespołu baletowego Opery Warszawskiej, a od roku 1965 Teatru Wielkiego w Warszawie.
„Balet swój widział ogromny – stwierdzi Krystyna Gucewicz.  Szczęśliwie od losu dostawał szansę za szansą. Najpierw w duecie z Bittnerówną zaznaczył swoje niepodważalne miejsce w sztuce. Potem, dzięki primabalerinie i dyrektor baletu Teatru Wielkiego, Marii Krzyszkowskiej, spełnił swoje największe marzenia, zrealizował najgłośniejsze choreografie, wykreował najwspanialsze partie sceniczne. Nie było przed nim i nie ma po nim tak wszechstronnego artysty baletu”.
Przez lata Witold Gruca tworzy liczne widowiska baletowe, współpracuje przy realizacji przedstawień operowych, dramatycznych, operetkowych, estradowych, filmów i programów telewizyjnych. Zajmuje się też pracą pedagogiczną. Dwa lata pracuje w Teatrze Syrena, gdzie prowadzi Studium Aktorskie. Na lata 1977-1987 przypada jego współpraca z Teatrem Żydowskim, gdzie Gruca mógł zrobić wiele spektakli musicalowych, ale szczycił się również choreografią do dramatu „Dybuk” Szymona Anskiego, który na deskach Teatru Żydowskiego wyreżyserowała Ida Kamińska. Wiele radości przynosi mu praca z zespołem „Gawęda”. W paradokumencie Mieczysława Popławskiego „Wyznanie”, przypomnianym przedwczoraj przez kanał TVP Kultura, opowiadał: „Chciałem być dla tych dzieci choreografem i przyjacielem. I dać im jak najwięcej radości, jaką niesie balet”. I to właśnie od tej ukochanej „Gawędy” doczekał się Orderu Uśmiechu, który ze wszystkich odznaczeń cenił najwyżej.

* * *
Kilka lat temu, dokonując swoistego podsumowania swojej artystycznej twórczości, Witold Gruca mówił: „Najwięcej dał mi na pewno Dyl Sowizdrzał. Czułem się wspaniale w tej roli. Chętnie tańczyłem Romea, od którego tak naprawdę rozpoczęła się moja kariera tancerza. Lubiłem również tańczyć rolę Króla w „Mandragorze” Karola Szymanowskiego. Chętnie tańczyłem także Pietruszkę. Moją najlepszą rolą był jednak Sancho Pansa, gdzie mogłem sobie pozwolić na sporo wyrazu aktorskiego. I na końcu Wdowa Simone w „Córce źle strzeżo-nej”, trudna technicznie, ale bardzo lubiłem ją tańczyć, zwłaszcza drugi akt, który był dużą pantomimą”.
Warto wydobyć dwa szczególne wątki w jakże pracowitym życiu i twórczości Mistrza Grucy. Pierwszy to umiłowanie ojczystego kraju. Przejawiało się to m. in. w promowaniu repertuaru polskiego („Ukochałem naszą muzykę – mówił.  W telewizji robiłem cykl programów zatytułowany Najpiękniejsza jest muzyka polska”), a także w fakcie, że Witold Gruca mimo atrakcyjnych propozycji pozostania za granicą, z tych ofert nie skorzystał, żył i tworzył w swojej Ojczyźnie. Wspominając, podkreślał z mocą: „My biedni patrioci [mówił o Barbarze Bittnerównie i sobie] kochający swoje rodziny, nie próbowaliśmy nigdy, chociaż mieliśmy propozycje,  wyjechać na stałe z kraju”. I dodawał: „Czułem się potrzebny w balecie polskim, dlatego też nie chciałem zostać za granicą”.
Drugi wątek... To jego niezwykłe otwarcie na drugiego człowieka. Celnie to w nekrologu wyraziły władze Związku Artystów Scen Polskich pisząc: „Bardzo będzie nam brakowało jego serdeczności i życzliwości”, a najkrócej podsumowała dyrektor Domu Aktora s. Grażyna M. Grałek: „Miał serce!”. Witold Gruca był człowiekiem o wrażliwym sercu. Mawiał: „Jestem człowiekiem, który musi kogoś kochać. To jest mi potrzebne do życia!”.

* * * *
Na koniec tej osobliwej wędrówki przez życie Witolda Marii Grucy, jeszcze dwie jego wy-powiedzi. Pierwsza jest odpowiedzią na pytanie, które w rozmowie zadał mu Jan St. Witkie-wicz (Grande jeté czyli wielki skok, 2004): Gdyby się Pan na nowo urodził, czy Pana życie wyglądałoby tak samo?
Co Mistrz Gruca odpowiedział?...
„Kiedy byłem młodym człowiekiem, ulegałem różnym fascynacjom. Po filmie „Znachor” chciałem zostać chirurgiem. Robiłem figurki z plasteliny, które w brzuchu miały pochowane zapałki lub coś innego. Rozcinałem je żyletką, wyjmowałem to, co było w środku i po operacji taki plastuś był zdrowy. Ale tak naprawdę tęskniłem do ruchu, zresztą ciągle tańczyłem. Gdybym więc mógł powtórzyć życie, to byłoby takie samo jak teraz”.
 I nic nie chciałby Pan zmienić? – pada kolejne pytanie.
„Może jedynie niektórych ludzi, którzy mnie otaczali. Poza tym nic! – stwierdza Gruca. Zbyt mocno pachniały mi dekoracje, czułem ten specyficzny zapach sceny. Na pewno został-bym tancerzem. Być może pojechałbym do Związku Radzieckiego, żeby tam uczyć się tańca klasycznego w GITIS-ie. Ale gdybym skończył te uczelnię, zostałbym „twardym” klasykiem. Buntowałem się przeciwko temu. Niemniej pięknie tańczona klasyka, akademicka – skończone piękno w klasyce – jest czymś wspaniałym i to dostrzegam. Natomiast taniec jako taki traktowałem zawsze jako środek do opowiedzenia i wyrażenia czegoś. To musi być jakaś opowieść. Małgorzata Komorowska napisała kiedyś o mnie, że Witold Gruca pochyla się nad człowiekiem. To była prawda, bo człowiek był dla mnie zawsze bardzo ważny”.
Człowiek był dla Niego ważny!
Podczas pogrzebowej liturgii aktor Teatru Żydowskiego, pan Wojciech Wiliński, odczytał biblijne słowa: „Nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie”. Można stwierdzić, że żyjemy dla innych, przede wszystkim dla Boga, natomiast żniwo tego życia zbieramy dla siebie. Warto o tym pamiętać, bo każdy z nas sam o sobie samym zda sprawę Bogu.
ks. Ireneusz St. Bruski

Wspomnienie oparto na „Pożegnaniu” autora wygłoszonym podczas pogrzebowej liturgii w Domu Aktora w Skolimowie, 20 lipca 2009 roku